Niemcy nie mogą od poniedziałku pogodzić się, że w skoku o tyczce mistrzynią i wicemistrzynią świata są dwie Polki. Najbardziej cierpi na tym Monika Pyrek.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Niemcy nie mogą od poniedziałku pogodzić się, że w skoku o tyczce mistrzynią i wicemistrzynią świata są dwie Polki. Najbardziej cierpi na tym Monika Pyrek. Już podczas konferencji prasowej po konkursie została przedstawiona jako... brązowa medalistka.

- Jestem wicemistrzynią świata, tak jak siedząca obok mnie Amerykanka Chelsea Johnson - prostowała Pyrek.

Prowadzący konferencję gorąco przepraszał Polkę i pewnie nie byłoby o co kruszyć kopii, gdyby nie ceremonia dekoracji. Znów Pyrek została wyczytana jako... brązowa medalistka. Zamiast wielkiej radości, na twarzy Moniki pojawił się grymas złości. Konferansjer w obecności 40 tysięcy widzów dalej przedstawiał: wicemistrzynię Johnson i mistrzynię Rogowską, dopiero tuż przed hymnem zreflektował się, że skrzywdził reprezentantkę naszego kraju i próbował naprawić swój błąd.

W eliminacjach rywalizacji dyskoboli wicemistrz olimpijski z Pekinu Piotr Małachowski nie błyszczał. Starszy szeregowy wykonał zadanie: znalazł się w finale, ale gdyby wracał na kompanię jakiś wyjątkowo rosły sierżant (powinien przypominać raczej Schwarzeneggera, aby móc zrobić wrażenie) mógłby go wysłać na wszelki wypadek na małe pucowanie koszarowych lamperii. Nie udało mu się przekroczyć niezbyt wyśrubowanego minimum 64,50 (na szczęście wchodziło 12 zawodników z najlepszymi wynikami, a Małachowski (rekord życiowy 68,75) był najlepszy z tych słabszych.

- Cóż, 64,48 to nie jest wynik na miarę wicemistrza olimpijskiego - przyznaje Polak, ale zaraz dodaje: - Jak na kontuzjowanego wicemistrza nie jest źle. Bo właśnie kontuzja palca prawej ręki jest powodem, że reprezentant Grupy Sportowej Wojsk Lądowych (bo i pod takim szyldem występuje czasem na zmilitaryzowanych zawodach) ma lekko uszkodzony dalmierz w swoim dziale. Normalnie musi bombardować rzutnię po 500-600 razy w ciągu 10 dni treningów.

W trakcie tygodnia przed Berlinem rzucał dyskiem tylko 150-krotnie. Jeszcze przed miesiącem nie wiadomo było, czy w ogóle wystartuje. Większość czasu spędzał bowiem w gabinetach lekarzy i na siłowni, a nie z dyskiem w wielkiej łapie. Teraz już nic go nie boli, ale zaległości treningowe przenoszą się na technikę. Piotr ma jednak kłopot w rzutni. Siła jest, ale koordynacja troszkę szwankuje.

- Ja tego nie czuję, ale trener podobno tak mówi. Co zrobić - czasu nie cofnę. Teraz mogę tylko wierzyć, że w środę będzie lepiej - dodaje dyskobol, który musiał rzucać aż trzy razy, podczas gdy najgroźniejsi rywale jak Estończyk Gerd Kan-ter, Niemiec Robert Harting czy Litwin Virgilijus Alekna mogli oszczędzać siły na finał zapewniając sobie awans już w pierwszych próbach.

- Może nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej trochę potrenowałem, a na rozgrzewce też czułem, że powoli się rozkręcam - pociesza Małachowski, który o medal będzie walczył dziś o godz. 20.10.

W finale biegu na 400 m przez płotki zabraknie Anny Jesień. Brązowa medalistka z poprzednich MŚ w Osace zajęła w swoim półfinale dopiero 4. miejsce z czasem 54,82 s., które nie dało jej kwalifikacji. Wszystko przez to, że potknęła się na ostatnim płotku. Po biegu zdyskwalifikowano jednak jego zwyciężczynię Kaliese Spencer, gdyż ominęła nogą jeden z płoków. Polkę przesunięto na 3. pozycję i mogła cieszyć się z awansu. Niestety radość Jesień trwała krótko, gdyż jury chwilę później zmieniło tę decyzję i przywróciło wygraną Jamajce.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!